© Borgis - Anestezjologia Intensywna Terapia 3/2006, s. 189-190
Dr n. med. Alina Kowalska-Wolska
Anestezjologia jest sztuką wyjątkową, jedną z niewielu w polskiej medycynie, która nie uległa zgubnej hierarchizacji, pozwoliła młodym ludziom szybko osiągać samodzielność zawodową i otworzyła nam świat. Stało się tak dzięki niewielkiej grupie ludzi, którzy w okresie powojennym włożyli ogrom pracy w celu nauczenia innych tajemnic tego zawodu. Szybko anestezjologia stała się rodzajem straży pożarnej polskich szpitali. Anestezjolog zdobył przebojem pozycję niezastąpionego czarodzieja, umożliwiając chirurgom wykonywanie takich operacji, o których wcześniej nawet nie mogliby marzyć.
Nieliczni skautowie naszego zawodu poruszali się wśród przypadkowych narkotyzerów, często nielekarzy, którzy zaopatrzeni w butelkę eteru lub chloroformu i maskę Schimmelbuscha usypiali, nierzadko na zawsze, nieszczęsnych pacjentów.
Po II wojnie światowej w Polsce było tylko kilku lekarzy potrafiących prowadzić nowoczesne znieczulenie ogólne. Mało było sprzętu, ale jeszcze mniej tych, co umieli się nim posługiwać. Warszawscy anestezjolodzy: doc. Mieczysław Justyna, prof. Stefan Wesołowski, który po ukończeniu słynnego duńskiego kursu w Instytucie Gruźlicy, przez kilka lat oprócz ukochanej urologii zajmował się też anestezjologią, dr Izabela Poklewska, prof. Aurelia Szpiro-Żurkowska, prof. Bogdan Kamiński i dr Janusz Kącki byli wśród tych, którzy nauczeni przez doc. Justynę i prof. Pokrzywnickiego uczyli innych.
W 1953 r. Akademię Medyczną w Warszawie ukończyła 23-letnia Alina Kowalska-Wolska. Po stażu podyplomowym zaczęła pracować jako chirurg w szpitalu Karola i Marii na Działdowskiej. Zainteresowała się jednak niebywałymi możliwościami, jakie stwarzała rurka intubacyjna, kurara i rurka Ayre´a. Jak wszyscy pierwsi w tym czasie, Alinka, jak żeśmy ją, przyjaciele, zawsze nazywali, ukończyła kurs u doc. Justyny i stała się anestezjologiem dziecięcym, jednym z czterech wówczas pracujących w Warszawie (obok dr Izabeli Poklewskiej, dr Teresy Godlewskiej-Marconi i prof. Zdzisława Rondio). Szczególnie zainteresowała ją dynamicznie rozwijająca się kardiochirurgia, a że w Polsce znieczulania do operacji serca nie było się gdzie uczyć, wyjechała na ponad rok do Bostonu, gdzie przeszła solidne szkolenie w Tufts University, Boston Floating Hospital for Children. W Ameryce odnosiła takie sukcesy, że proponowano Jej pozostanie tam na stałe. Współautorka tego wspomnienia, będąc tam po niej i słuchając licznych pochwał i miłych o Niej wspomnień, czuła się naprawdę dumna. Alinka zostawiła w Bostonie po sobie piękną wizytówkę polskości i polskiej medycyny.
Po powrocie z USA przeniosła się na Litewską, do Kliniki Chirurgii Dziecięcej Profesora Jana Kossakowskiego. Tam w 1962 r. uzyskała specjalizację, tam też 13 marca 1964 r. obroniła pracę doktorską: „Porównawcze badania nad znieczuleniem dzieci chloroformem i halotanem”. Zespół z Litewskiej, którego trzonem anestezjologicznym wraz z Alinką była wspomniana dr Teresa Godlewska-Marconi i przybyły z Wrocławia prof. Tadeusz Szreter, umożliwił pierwsze operacje w krążeniu pozaustrojowym, stworzył też pierwszy akademicki oddział intensywnej terapii dziecięcej.
W 1970 r. Alinka wyjechała na stypendium do szpitala akademickiego w Leiden, rozpoczynając swą wieloletnią przygodę z Holandią, torując też drogę innym, również autorom tego wspomnienia. Miała tam wielu przyjaciół jak zresztą wszędzie, gdzie tylko Jej noga postała. Zbierała błękitną porcelanę.
W 1979 r., po powstaniu Centrum Zdrowia Dziecka, zespół Litewskiej podzielił się: część lekarzy pod kierunkiem prof. Szretera, objęła nową placówkę. Alinka wraz z dr Godlewską-Marconi, pozostały na Litewskiej i pracowały tu do przejścia na emeryturę w 1990 r. Alinka jednak nie przestała pracować; do momentu swej choroby dyżurowała w podwarszawskim szpitalu dziecięcym w Dziekanowie Leśnym. W ostatnich latach życie nareszcie przestało ją „kopać”. Prócz pracy zawodowej poświęcała czas i energię ukochanej wnuczce Joasi, z którą to właśnie wybierała się na narty tej feralnej zimy, kiedy straszna choroba pozbawiła ją człowieczeństwa.
Każdy, kto wszedł do ciasnego pokoiku lekarskiego na Litewskiej witany był radosnym uśmiechem i głośnym powitaniem Alinki. Znała wszystkich, którzy się przez anestezjologię dziecięcą przewinęli. Dla jednych miała dobre słowo, dla innych złośliwą (ale nie przygnębiającą) uwagę. Jej niesamowita inteligencja, poczucie humoru, nieodparty urok osobisty wywierały niezapomniane wrażenie.
Pozwalamy sobie na osobiste wspomnienia dwojga ludzi, uwielbiających tą wspaniałą koleżankę i przyjaciela. Kim była dla mnie Alina?
Poznałyśmy się na drugim roku studiów na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego w roku 1949 lub 1950. Ponieważ wykłady były wtedy obowiązkowe i trzeba było dawać świadectwo swojej obecności po wyczytywaniu wyrywkowo nazwisk obecnych (bądź nieobecnych), z każdej grupy studenckiej delegowano 2-3 osoby, które obstawiały co nudniejsze wykłady. Tak się złożyło, że na antropologię obie byłyśmy delegowane z naszych grup. Nie byłoby też w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie fakt, że zauważyłyśmy się gdy „zasłuchane” w wykład, pod pulpitem ławki w starożytnej sali anatomii na Oczki..... robiłyśmy na drutach. Tak też można było zarabiać na życie. Zawiązała się bliższa znajomość, wspólne zainteresowania i przyjaźń aż po grób... Alina kochała przyrodę, spływy kajakowe, górskie wędrówki i ponad wszystko narty.
Alina była dla mnie niezawodnym, prawdziwym Przyjacielem, powiernikiem i mądrym doradcą, niedościgłym wzorem błyskotliwej inteligencji, humoru i dowcipu, a także kobiecej elegancji i dobrego smaku. Szacunek i podziw wzbudzała swoją głęboką wiedzą fachową, którą tak wspaniale potrafiła stosować praktycznie i przekazywać młodym kolegom. Nie dbała o tytuły i stanowiska – zawsze chciała pracować zwyczajnie, po prostu dla chorych dzieci. Tak bardzo żal, że odeszła za wcześnie, tyle jeszcze miała do zrobienia.
* * *
Pierwszy kontakt zawodowy z Alinką... Trafiłem na Litewską w 1974 r., jako młody uczeń prof. Z. Rondio, przepojony zwyczajami Instytutu, no i wpadłem. Zwyczajem Instytutu było rozpuszczanie d-tubokuraryny w ampułce soli fizjologicznej; zanim zdążyłem opatrzyć ampułkę odpowiednim napisem na plastrze, Alinka użyła tego roztworu (1 mg w ml!) do przepłukania wkłucia u 1,5 kg wcześniaka z wrodzonym zarośnięciem przełyku, i to do tego nieuśpionego... Do dziś pamiętam lodowaty wykład na temat zasad zachowania bezpieczeństwa przed znieczuleniem oraz prawa (nieliczne) i obowiązki uczącego się.
Alinka była najlepszym przykładem, że autorytet buduje wiedza, doświadczenie kliniczne i umiejętność uczenia, a nie tytuły naukowe. Była dla nas najlepszym nauczycielem zawodu, jakiego można sobie było wymarzyć. Lubiła uczyć, poprawiała cierpliwie błędy.
Z latami dyżurowania na Litewskiej cieszyłem się coraz większym zaufaniem – a z czasem przyjaźnią Alinki. Spotykaliśmy się często w Warszawie, na różnych zjazdach w Polsce. Zawsze koło Niej koncentrowała się wesołość i intelekt; nie znosiła idiotów i ludzi pozbawionych poczucia humoru. Nigdy nie zapomnę spotkań w Holandii, gdzie pracowaliśmy wakacyjnie w różnych miejscach. Nigdy nie okazywała smutku, nawet w ciężkich dla siebie chwilach, zawsze znalazła dobre słowo dla innych w potrzebie. Jej imieniny w mieszkaniu na Saskiej Kępie były niezapomniane.
Ostatnie moje spotkanie z Alinką, pływającą na granicy nieodgadnionej tajemnicy w szpitalnej separatce... Ciepłe słowo i próba uśmiechu zostały ze mną.
Maria Referowska
Marcin Rawicz
Anestezjologia Intensywna Terapia 3/2006

Pozostałe artykuły z numeru 3/2006: